O autorze
Wychowuje, podróżuje, fotografuje, człowiek renesansu. Woli zabrać córkę do wioski indiańskiej w Peru, niż o niej opowiadać.

scrollować, czy "być"?

Krótka historia o tym, jak próżna chęć sięgnięcia po telefon potrafi być złodziejką głębokich trzech minut, w których nie zostałem złapany za nos. A mogłem...

Kuchnia, ważne miejsce w domu. W całym mieszkaniu jesteśmy tylko my - ja i moja dziesięciomiesięczna córeczka. Lubię środy, dni w które reszta domowników ma tyle spraw, że zostajemy tylko we dwójkę. I lubię kuchnię. Właśnie skończyliśmy coś tam podjadać, Polka w białym foteliku, znacie go, każdy taki ma, ja na stołku naprzeciwko. Ona własnie zjadła i jeszcze oblizuje łyżeczkę sprawdzając, czy zlizała dokładnie cały smak jabłka, a ja, jakby po kryjomu, jak ściągający na klasówce gimnazjalista, wyciągam telefon i pod blatem na którym ona się tą łyżeczką bawi, sprawdzam pocztę, ważną pocztę. Firmową, to ważne, nie? Jestem tu z Nią, zajmuję się, nawet w pracy ze mną była, ale ja prowadzę firmę i muszę tą pocztę kontrolować. Jeszcze tylko sprawdzę firmowego fanpage'a na facebooku, bo wrzuciłem tam dziś zdjęcia z dzisiejszych realizacji, zobaczę czy kogoś to zainteresowało? Podnoszę wzrok, ona się bawi tą łyżeczką i jest tak skupiona, że nawet brwi tak śmiesznie marszczy. Sprawdzę jeszcze, czy są jakieś promocje na płetwy, bo lato się zbliża i wypadałoby mieć płetwy. O! Ktoś nurkował pod lodem i był wypadek. Czytam, czytam i podnoszę znowu wzrok, żeby zobaczyć jak łyżeczka?



Łyżeczki już nie ma. Leży z boku, a Pola się patrzy. Widzi, że robię coś bardzo ciekawego, coś, co bardzo pochłania moją uwagę. Tata - ważny, bądź co bądź człowiek, jest tak bardzo zajęty. Nie przeszkadza mi, nie grymasi, nie płacze, tylko z zainteresowaniem patrzy. Niezbyt często przychodzi mi się wstydzić, ale teraz przyszło. Chociaż może to nie wstyd, tylko tak głupio trochę. Mam unikalną okazję być. Być! I już nie chodzi o marnowanie czasu na głupoty, nie chodzi o nieuwagę, lub brak jej poświęcenia, bo to tylko dwie - trzy minuty. Chodzi o 'być"
z dzieckiem. Telefon zrobił się obślizgły i śmierdzący, więc go odłożyłem na jakiś czas. I tak zaraz ktoś będzie dzwonił, albo pisał, albo powiadomienie przyjdzie, albo promocja, albo...

Przybliżyłem swoją twarz, do jej twarzy i zacząłem"być" tarmoszony jak zwykle za brodę. A potem malutkie rączki rozpoczęły prace badawczo - poznawcze mojej twarzy. Mówiąc zupełnie szczerze - to miażdżące doświadczenie i nie będę pisał dlaczego, bo
każdy ma swoje głębokie doświadczenia z dziećmi, kiedy rano się uśmiechają, albo kiedy mają tą swoją specyficzną minę. Albo wtedy, gdy wkładając cały wysiłek w udana próbę stanięcia przy krześle i delikatnie obracają głowę, żeby się nie przewrócić, ale żeby sprawdzić, czy patrzycie?

I patrzymy? Czy płetwy jakieś zasrane oglądamy? Czym jest telefon w życiu małego dziecka, skoro jest bardziej obecny, nic cokolwiek innego? W największych, najwznioślejszych i najważniejszych chwilach wyciągamy go, żeby zrobić zdjęcie, film, wrzucić do sieci, zobaczyć, czy się lajkuje, wysłać na "story"... A wiecie, co się dzieje wtedy z tą chwilą? Bezpowrotnie ucieka. Bezpowrotnie straciłem wczoraj szansę, by te małe, kochane rączki pobawiły się moją twarzą trzy minuty dłużej. Akurat wczoraj, kiedy mam dłuższy i bardziej osobisty dzień z Polką, wyciągnięcie telefonu w tamtej chwili było zupełnie redundantne. Nie mówię, że telefon jest skrytobójcą relacji z dzieckiem, ale takim "cichym bobasem z nieprawego łoża". Tak przynajmniej mam ja.

Mówię cały czas oczywiście, o głębszym "być", o empirycznym "być", w którym relacja z dzieckiem nie jest powierzchowna. Powierzchowne relacje też są dziecku moim zdaniem potrzebne. Być może właśnie wtedy otrzymujemy chwilę na bezkarne scrollowanie pierdół w telefonie. Myślę, że jako scenarzyści czasu spędzanego z dzieckiem mamy cień szansy na ocenę czy to jest własnie ten moment? Ja częściej nie trafiam, niż trafiam i ta słaba skuteczność została obnażona wczorajszym spojrzeniem Polki, kiedy oderwałem się na moment. Spojrzeniem małego, ciekawego świata człowieka, który już łyżkę odłożył i uważnie przygląda się poczynaniom taty, który z pewnością robi coś fajnego. Właśnie fakt, że nie robi, a właściwie, że to beznadziejne, co robi - wpędza tego tatę w poczucie winy.

A sprzężenie zwrotne w tym przypadku będzie dodatnie, oberwiemy za to. Przyjdzie czas, kiedy będziemy chcieli przez chwilę "być" z naszym dzieckiem, ale ono akurat wtedy będzie scrollowało swój telefon, czy co tam się wtedy będzie się scrollowało. Dlatego moje "głupio" zaczęło być sprzężeniem zwrotnym dodatnim, narastającym w miarę oddalania się od wartości referencyjnej.

Nawet kiedy rozwieszam pranie, jestem bardziej skupiony na dziecku, śpiewam, wołam ją i strzepuję kropelki w jej stronę, a ona się wtedy cieszy. Telefon jest synonimem nieobecności, czyli brakiem "być".

W oczywistości subiektywizmu mojego doświadczenia nie warto się dopatrywać oceny, to nie tak. Każdy sobie sam odpowiada na pytanie: czy ja naprawdę chcę teraz sięgnąć po telefon?
Trwa ładowanie komentarzy...